O autorze
Rocznik 1969. Dziś właściciel raczkującej marki napojów witaminowych. Przez lata szybko wspinający się po szczeblach korporacyjnej kariery. Ciepłą posadę stracił na fali kryzysu i po próbie morderstwa. Zet nie załamał rąk. Zaczął realizować swój biznesowy american dream z bombą w tle.

Misja: ukatrupić króla

Zabiłem go. Boże! Zrobiłem to. Leżał teraz na podłodze pokryty czerwienią….. Jak do tego doszło?!

- A spadaj pan! – warknąłem, nie przeczuwając, że jeszcze tego samego dnia te słowa do mnie wrócą.



Miałem serdecznie dość parkingowych natrętów. Na widok mojej nowej, całkiem ładnej i wcale nie białej limuzyny traktowali mnie jak dojną krowę. A małe logo producenta bakalii, naklejone na klapie bagażnika, to co? Fanaberia? Zresztą, musiałem prezentować się nieco lepiej niż krajan na molo w Sopocie, w sandałach ze skarpetami. Spotkanie np. z Gunterem, niemieckim pośrednikiem, zobowiązuje.

- Herr Piotr, opuszczę panu cenę o 15 procent i dorzucę tonę rodzynek gratis – skamle w końcu Gunter, widząc mój teatralny grymas po kolejnym kęsie steku z łasiczki pływającego w paście z jałowca.

Gunter bardzo chciał mi opchnąć cztery tiry suszonych ananasów. By zmiękczyć mnie niczym chałkę w mleku, wybrał knajpkę, gdzie szpinak smakuje truskawkowo ale jeśli lody, to szczawiowe. Wiadomo - kuchnia molekularna, gwiazdka Michelina zobowiązuje, także w cenniku. Targu dobiliśmy jeszcze przed deserem. Sorbet z pokrzywy jadłem już więc wizualizując sobie podziw szefa, na wieść o udanych negocjacjach.

Wiesław Bolerko, prezes firmy Bakaliowy As, w rzeczy samej ucieszył się, choć mniej niż myślałem.

- Cymes. Czyli będą rodzynki z tych winogron, panie dyrektorze? – zagaił Bolerko.

Szef, król, car i tyran bakalii siedział rozparty w swoim gabinecie.

- Będą, będą, sypną tanim ananasem niczym palacz miałem w środku zimy – odpowiedziałem równie niezgrabną metaforą, wzrokiem uciekając na kolekcję słoniowych figurek, stojącą na biurku.

Ten biały słoń, z marmuru, to prezent od kochanki Bolerki. Kicz za cenę wakacji na Zanzibarze. Kolejne słowa szefa szybko wybiły mnie z rozmyślań o tym, czy podniesiona trąba słonia w rzeczy samej przynosi szczęście.

- Wiesz, zawsze cię ceniłem ale….

- Taaa....?

- Jest kryzys. Piotrze Zet, powiem wprost: nie stać mnie na ciebie. Redukujemy dział handlowy o połowę. To jest dla mnie trudna...- zaczął tłumaczyć król bakalii.

Nie skończył. Byłem szybszy, adrenalina była szybsza. Wściekły podskoczyłem na krześle, chcąc zacząć oskarżycielską mowę i – wierzcie mi albo nie - przypadkowo ręką trafiłem tego cholernego trąbacza. Pach! Padalec wystrzelił niczym irańska rakieta i sekundę później z impetem pocałował spocone czoło Bolerki. Król pobladł.

- Spa...spadaj pan… – zdążył tylko sapnąć, nim stracił przytomność.

Trup?
Trwa ładowanie komentarzy...