Piotr Zet - BLOG

O autorze ↓

Diabeł dynda na żółtym pasku

Co za tydzień! Zabrali toyotę Ani, a ja zostałem gwiazdorem telewizji. Po co mi to wszystko było?

Miejska toyota z klimatyzacją i to z automatyczną skrzynią biegów. Taką obiecałem Ani na 35. urodziny.
- Co ci do łba strzeliło? Jak dziecko, jak dziecko – powtarzała Anka, świadoma, że jej autko odjeżdża żwawo siną w dal. 50 tysięcy poszło na poręczenie.
Taksówka mknęła przez nocne, wymarłe miasto, ścięte letnim upałem. Po kilku godzinach przesłuchania, uwierzyli, że nie jestem kilerem. Policjantów przekonały zapewne trzy rzeczy: moja nienaganna opinia wśród pracowników Bakaliowego Asa, przerażone oczy i wieści z kliniki w Szwajcarii. Tam najlepsi europejscy medycy zajmowali się Wiesławem Bolerko, prezesem i właścicielem największego producenta bakalii nad Wisłą.



- Facet żyje. Ale co to za życie, w śpiączce. Słabo znam niemiecki, ale lekarz coś bąkał o zawale serca i urazie głowy. I, że ten twój słoniowy strzał to nie musiał być gwóźdź to trumny – tak, niezbyt umiejętnie, pocieszał mnie kumpel z pracy, gdy poszedłem zebrać swoje z rzeczy z biurka.
Choć przed wypadkiem Bolerko nie zdradził nikomu planów zwolnienia mnie, to nie trzeba być Sherlockiem, by wydedukować, że Bakaliowy As to już moja pieśń przeszłości. Kadrowa papiery miała przygotowane. I tylko ręka jej nieco drżała, gdy podawała mi obiegówkę. Chyba niekoniecznie wierzyła w moją wersję o wypadku.
Wyroku za Bolerkę na razie nie dostałem, ale dostałem bilet gratis. Taki wilczy, od mediów. Te rzuciły się na mnie jak hieny. Owszem, Bolerko to 56. nazwisko na liście 100 najbogatszych „Wprost”. Owszem, co środa je śniadanie z szefem znanej, prywatnej telewizji. Był, znaczy się jest, szefem Polskiego Klubu Prezesów. Wszystko to prawda, ale żeby zaraz „podejrzany Piotr Z.” przez trzy dni nie schodził z telewizyjnego żółtego paska?! Psia ich mać.

Oszczędności mam nie tak wiele, jakieś 150 tysięcy z czego 50 w prokuraturze. A kredyt na bliźniaka pod Piasecznem jest, do tego kurs kitesurfingu (wtedy w Hiszpanii zelżeją upały) i garnitur na miarę, szyty właśnie przez legendę neapolitańskiego krawiectwa. No i dobry prawnik, ten to weźmie forsy jak lodu. Czyli stało się. Chcąc nie chcąc, zostanę biznesmenem.
- Jak dobrze pójdzie, zamiast toyoty kupię Ance lexusa. Hybrydę – mówię sam do siebie, wynosząc ostatnie pudło z gratami spod biurka.
A diabełek w głowie pyta:
- Cymes. A co Piotr Zet takiego będzie robił?
AAAAŁŁĆ! Upadający karton trafia w stopę.
Trwa ładowanie komentarzy...