O autorze
Rocznik 1969. Dziś właściciel raczkującej marki napojów witaminowych. Przez lata szybko wspinający się po szczeblach korporacyjnej kariery. Ciepłą posadę stracił na fali kryzysu i po próbie morderstwa. Zet nie załamał rąk. Zaczął realizować swój biznesowy american dream z bombą w tle.

Robot z Madagaskaru

Okazuje się, że paczka lavazzy nie zmiękcza każdego serca. A nawał biurokratycznej papierologii zafundowałem sobie na własne życzenie.

Basta! Nie po to pół godziny wklepywałem dane, żeby tak łatwo odpuszczać babie z okienka. Po chwili autoanalizy uświadomiłem sobie, że po prostu od czasów wezwania do WKU, Wojskowej Komisji Uzupełnień, nie musiałem sam na sam mierzyć się z biurokracją.
- Pani Halinko, pani załatwi to na wczoraj – tak to rozwiązywałem za menedżerskich czasów, kładąc sekretarce na biurku plik papierów.
I oczywiście, w komentarzach drwicie, słusznie zresztą, że przez internet prawie wszystko można. No ale co począć, gdy ja mam taką naturę, że wolę z ludźmi a nie maszynami. Dlatego za nie tak dawnych czasów co jakiś czas przynosiłem sekretarce kilogramową paczkę lavazzy zamiast pisać maile z poleceniami. Logicznym następstwem takiego podejścia do życia była wyprawa do urzędu, do ludu pracy.



A tu magister Gruszka, urzędniczka klasy pierwszej, zabiła mi ćwieka, zatrzaskując mi przed nosem jedno okienko. Na półeczce obok jej biurka stał pękaty pojemnik rozpuszczalnej, brunatnej substancji, opcja z kawową łapówką odpadała. Pozostawała metoda podpatrzona u króla Juliana z Madagaskaru: królcio ładnie się uśmiechnie, a pańcia zrobi to, o co Julian prosi.
- Pani Barbaro, a nie dałoby rady tego jednak u pani tak załatwić? Że ja wnioski wypełnię, dokumenty zostawię a pani to weźmie teraz sprawdzi i szust – jak w orędziu premiera – załatwione szybko, firma jest, zielona wyspa kwitnie. Proszę bardzooooo...
- Nie – wycedziła tonem robota.
- Ale proszęęęę... – nie odpuszczałem, rozpaczliwie szukając w jej oczach choć poświaty człowieka.
Ona jednak była robotem.
Phi. Wybrałem więc czekanie na efekt urzędniczego dyktanda i wycieczkę do ZUS, tak, by zdążyć z rejestracją jeszcze przed premierą kolejnej części „Madagaskaru”, planowanej na bodajże 2014 rok.

Poszło szybciej. Zdążyłem nawet przed premierą drugiej części „Żółwika Sammy’ego”, choć podstępny wujek Google straszył. Nie obyło się bez adrenaliny. Zachciało mi się komórkę na firmę przenieść, a co, mi szefowi, nie wolno?
- Nip jest, adres jest, zaświadczenie jest, w systemie pan jest...dobra, dobra. A regon? – starszy asystent działu klienta w operatorze komórkowym Kopytko groźnie zmarszczył brwi.
Kwadrans czekałem w kolejce, kwadrans wklepywaliśmy dane, a teraz, po pół godzinie spędzonej wśród nastolatków śliniących się na widok tabletów i smartfonów, facet pyta się o regon. A o nim wiedziałem tyle, co o stanie Oregon.
- Jest, znaczy się będzie, za parę dni. Ale widzi pan, w systemie jestem, nip mam, nie możemy regonu później dopisać? – nie dawałem za wygraną, po czym kilkanaście sekund później, z miną zbitego na kwaśne jabłko Żółwika Sammy’ego opuszczałem świątynię tabletów.
W domu od razu wziąłem dwie tabletki na ból głowy. Już na progu przypomniałem sobie, że będę płatnikiem VAT (kumpel radził: „śmiało Piotrek, nawet waciki dla żony można odliczyć”). Czyli muszę sobie jakąś księgową znaleźć, znów o papierach, przepisach, podatkach rozmawiać. Pocieszam się, że przynajmniej nie muszę, jak na WKU, rozebrany paradować w przyciasnych gaciach.
Trwa ładowanie komentarzy...